🎪 Kurtyna idzie w górę
Zaczynamy od chwili, od której formalnie wszystko się zaczęło, choć w praktyce wygląda to raczej jak początek scenariusza napisanego dużo wcześniej.
To nie będzie opowieść o „zwykłej kontroli drogowej”. To będzie opowieść o tym, jak z pomiaru prędkości rodzi się cała konstrukcja: funkcjonariusze, notatki, wersja zdarzeń, a potem cała procesowa nadbudowa, która z każdą kolejną kartką papieru coraz bardziej przypomina spektakl, w którym obywatel ma odegrać jedną, z góry przewidzianą rolę.
W tej części pokażemy sam początek: okoliczności zatrzymania, sposób działania funkcjonariuszy, punkt wyjścia dla dalszej narracji i pierwsze pytanie, które będzie wracało przez całą serię:
➡️ czy celem było rzetelne ustalenie faktów, czy tylko sprawne domknięcie historii do z góry przyjętej tezy ?
To dopiero PRELUDIUM. Najciekawsze dopiero przed nami.
‼️ Ale do rzeczy ‼️
📌 Polowanie
To nie wyglądało jak zwykła kontrola drogowa. To wyglądało jak polowanie urządzone pod osłoną munduru i urzędowej pewności siebie: najpierw namierzenie, potem nagonka, później zatrzymanie, a na końcu rozmowa, w której nie szukano odpowiedzi, lecz oczekiwano podporządkowania.
W tej historii nie uderza wyłącznie sam „pomiar”. Uderza arogancja, z jaką z pomiaru własnego radiowozu próbuje się zbudować zarzut wobec kogoś innego — a następnie przedstawić to jako rzecz oczywistą, normalną i niewymagającą pytań.
Kierowca w tym spektaklu nie jest człowiekiem, który żyje z popełniania wykroczeń czy przestępstw. Jeżeli raz na kilka lat zostaje o coś oskarżony, zwykle ma to związek z tym, że znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie, akurat tam, gdzie pewna grupa urządza sobie drogowe łowy. Tak było także tutaj.
📌 DTŚ, BMW I zwierzyna
Droga wojewódzka nr 902, znana wszystkim jako DTŚ — Drogowa Trasa Średnicowa. Dzień, przed godziną 8:00. Ruch, pośpiech, codzienna droga do pracy. A wśród zwykłych uczestników ruchu radiowóz BMW o numerze rejestracyjnym STA KM08, należący do Komendy Miejskiej Policji w Zabrzu.
Za kierownicą siedział funkcjonariusz Michał Pisarek. Obok niego — funkcjonariusz Dominik Kopijasz.
To oni prowadzili „akcję”, która z nagrania z wideorejestratora nie wygląda jak spokojne, profesjonalne dokumentowanie jazdy konkretnego pojazdu. Wygląda raczej jak pogoń za upatrzoną zwierzyną: przyspieszanie, zmienianie pasów ruchu, chowanie się za innymi pojazdami, niedokańczanie manewrów zmiany pasa i powroty na pas poprzedni.
Radiowóz porusza się w tym wszystkim jak uczestnik wyścigu, nie jak pojazd prowadzący stabilną obserwację. A jednak później z tej chaotycznej jazdy ma zostać wyjęty krótki, zaledwie 100-metrowy fragment, nazwany „pomiarem”.
Już od początku nagrania obraz nie pokazuje neutralnej perspektywy. Na początku nagrania widoczne jest przybliżenie 17x, później zmienione na 21x.
To nie jest neutralny detal obrazu. Przybliżenie może stać się narzędziem perswazji: zamiast pokazać rzeczywisty dystans, potrafi zbudować wizualną opowieść o bliskości, pościgu i rzekomym wyprzedzaniu.
👉 Czy widz ma oglądać dowód, czy spektakl optyczny?
👉 Czy urządzenie ma służyć ustaleniu faktów, czy wyprodukowaniu wrażenia, które później wygodnie zastąpi fakty?
Taki zoom spłaszcza perspektywę: wizualnie skraca dystans między pojazdami, sprawia, że auto jadące z przodu może wyglądać, jakby znajdowało się niemal bezpośrednio przed radiowozem, i utrudnia zwykłemu odbiorcy ocenę, czy odległość między pojazdami rzeczywiście maleje, pozostaje podobna czy rośnie. Ten sam obraz ma pomóc stworzyć przekaz, że pojazd kierowcy rzekomo wyprzedza radiowóz, więc patrol „podejmuje interwencję”.
Tyle że zanim jeszcze padnie słowo „interwencja”, policyjne BMW samo jedzie około 115 km/h. Później, przed rozpoczęciem tak zwanego „pomiaru”, chwilami osiąga nawet 116 km/h.
Innymi słowy: zanim radiowóz zacznie opowiadać o cudzej prędkości, sam najpierw wyraźnie przekracza obowiązujące ograniczenie.
Potem radiowóz chwilowo chowa się za innym pojazdem. Rozpoczyna zmianę pasa, po czym wraca na wcześniejszy pas, nie kończąc manewru.
👉 Czy takie manewry — wykonywane z dużą prędkością, pośród porannego ruchu, za innymi pojazdami i z niedokończoną zmianą pasa — są obrazem odpowiedzialnej służby, czy demonstracją drogowej brawury pod ochroną munduru? Każdy, kto obejrzy nagranie, może odpowiedzieć sobie sam.
A jeśli funkcjonariusze mogą w ten sposób prowadzić „polowanie”, to kto w tej scenie pilnuje bezpieczeństwa: Policja czy przypadek?
Zamiast stabilnej obserwacji jest jazda pełna przyspieszeń, zmian toru ruchu i chwilowego zasłaniania widoku przez inne pojazdy. A mimo to z tej drogowej układanki ma później zostać wyjęte zaledwie 100 metrów i nazwane „pomiarem”.
Ów „pomiar” miał zacząć się jeszcze wtedy, gdy radiowóz znajdował się na środkowym pasie ruchu. Obraz był przybliżony zoomem x21. Nie chodziło więc o spokojną, nieprzerwaną obserwację jednego auta w stabilnych warunkach, lecz o próbę zbudowania dowodu w dynamicznej sytuacji drogowej — pośród manewrów, innych pojazdów i zmiennego położenia radiowozu.
Nagranie VIDEO prezentujące polowanie na kierowcę oraz fragmenty późniejszej rozmowy kierowcy z funkcjonariuszami
Tak wyglądało polowanie.
Radiowóz najpierw się rozpędza. Dopiero potem rozpoczyna tak zwany „pomiar”, a następnie zwalnia.
Taki układ zdarzeń może tworzyć wygodny obraz: radiowóz wcześniej nadrabia dystans, lecz w samym wybranym fragmencie zwalnia, więc samochód przed nim ma wyglądać na oddalający się. To sposób, który może utrudniać postawienie prostego pytania o „najazd” radiowozu — czyli sytuację, w której policyjne BMW zbliża się do auta poprzedzającego przede wszystkim dlatego, że samo jedzie szybciej.
Można więc odnieść wrażenie, że „najazd” nie zniknął. Został jedynie przeniesiony przed początek wybranego odcinka. Najpierw radiowóz się rozpędza i skraca dystans, potem rozpoczyna „pomiar”, a następnie zwalnia, aby na ekranie dało się powiedzieć: „to pojazd z przodu się oddala” – a więc ma sprawiać wrażenie, że jedzie szybciej.
👉 Czy to jest rzetelny pomiar, czy zręcznie ustawiona scenografia pod z góry wybrany wniosek?
Tyle że nawet najbardziej pomysłowe ustawienie kolejności: najpierw przyspieszenie, później wybrany odcinek, a następnie zwolnienie — nie zmienia podstawowego faktu. Urządzenie nadal rejestruje wyłącznie prędkość radiowozu, nie zaś bezpośrednią prędkość innego pojazdu.
Co więcej, „pomiar” nie zaczyna się w chwili, w której radiowóz znajduje się bezpośrednio za pojazdem kierowcy. Nagranie nie pokazuje również klatki „0”, czyli jednoznacznie utrwalonego początku tej czynności. Kończy się natomiast wtedy, gdy samochód przed radiowozem zmienia pas ruchu i znajduje się wobec policyjnego BMW pod innym kątem.
To nie jest marginalny detal techniczny. To jest rdzeń całej sprawy — chwila, w której z dynamicznej jazdy radiowozu próbuje się wyciąć wygodny fragment, nadać mu rangę „pomiaru” i przedstawić jako niepodważalną prawdę.
Jeżeli cała konstrukcja ma opierać się na ocenie odległości i wzajemnego położenia pojazdów, to brak wyraźnie zarejestrowanego punktu startowego oraz zakończenie odcinka podczas zmiany pasa ruchu powinny być przedmiotem szczególnie krytycznej analizy, a nie wygodnego przemilczenia.
Na nagraniu widać również skaczący obraz. To kolejny element, który utrudnia spokojną ocenę rzeczywistego dystansu, pozycji pojazdów oraz dynamiki ich ruchu. Materiał, który ma rozstrzygać o odpowiedzialności kierowcy, nie powinien wymagać od odbiorcy domyślania się, co działo się między kolejnymi drgającymi albo przeskakującymi ujęciami.
Im bardziej obraz jest przybliżony, niestabilny i pełen dynamicznych manewrów, tym mniej uczciwe staje się udawanie, że oglądający dostał prosty, laboratoryjnie czysty dowód. Nie dostał. Dostał zapis pościgu, z którego wycięto fragment nazwany „pomiarem”.
❓ Kogo właściwie zmierzono ?
Sedno sprawy jest wyjątkowo proste.
Urządzenie używane w radiowozie nie mierzyło bezpośrednio prędkości pojazdu kierowcy. Wskazywało prędkość radiowozu BMW, a prędkość pojazdu jadącego przed nim miała być dopiero wnioskowana pośrednio — „na oko” albo „jakoś” (Nowoczesne metody pomiarowe w XXI wieku).
Mówiąc bez urzędowych ozdobników: najpierw zmierzono samochód policyjny, a potem zaczęto przekonywać, że wynik tego pomiaru można przypisać komuś innemu.
Radiowóz przyspieszał. Radiowóz zmieniał pasy. Radiowóz chował się za innymi samochodami. Radiowóz wykonywał manewry w dynamicznym ruchu. I to właśnie radiowóz miał wskazanie prędkości.
👉 Pytanie nie brzmi zatem: Czy na ekranie pojawiła się liczba.
👉 Pytanie brzmi: Czyja to była liczba ?
Jeżeli policyjne BMW poruszało się z określoną prędkością, to oczywistym punktem wyjścia jest stwierdzenie, że wskazanie dotyczyło BMW. Wszystko ponad to wymaga rzetelnego wyjaśnienia. Nie sloganów, nie mundurowej pewności siebie i nie formuły „tak jest system skonstruowany”, ale logicznego i prawnego wykazania, dlaczego prędkość jednego pojazdu ma zostać przypisana drugiemu.
📌 Biała przeszkoda
W tej historii pojawia się jeszcze biały pojazd jadący lewym, skrajnym pasem.
Pojazd zajeżdża drogę kierowcy, zmuszając go do hamowania. Na drodze, na której Policja ma rzekomo stać na straży bezpieczeństwa, powinien być to sygnał alarmowy. Ale nie dla patrolu, który najwyraźniej miał już ważniejszy cel. Gdy zwierzyna została wybrana, reszta ruchu drogowego mogła przestać istnieć: biały samochód, ryzyko hamowania, inni kierowcy — wszystko to staje się tylko tłem dla nagonki. Jest rozpoczęte polowanie. Trzeba je doprowadzić do końca.
👉 Czy bezpieczeństwo ruchu drogowego jest tu zasadą, czy dekoracją wyciąganą wyłącznie wtedy, gdy można nią obciążyć upatrzonego kierowcę?
W takim sposobie myślenia niebezpieczny manewr innego kierowcy staje się „poboczną sprawą”, bo nie pasuje do scenariusza. Nie pomaga osiągnąć celu. A celem nie jest już pełne i uczciwe wyjaśnienie sytuacji na drodze, lecz doprowadzenie jednej wybranej historii do finału.
📌 Zatoczka bezpieczeństwa
Po zakończeniu tego drogowego pościgu kierowca został zatrzymany w zatoczce autobusowej.
To kolejny szczegół, który znakomicie pokazuje rozdźwięk między deklarowanym „bezpieczeństwem ruchu” a praktyką interwencji.
Autobusy musiały zatrzymywać się bezpośrednio na drodze. Już przy jednym autobusie powstawał korek, a gdy ustawiały się dwa, jeden za drugim, inni kierowcy nie mogli ich swobodnie ominąć, a ruch praktycznie zamierał.
👉 Ale kto miałby się tym przejmować ?
Przecież nie chodziło już o płynność ruchu, bezpieczeństwo pasażerów autobusów ani ryzyko, jakie tworzą stojące na jezdni pojazdy. Chodziło o dokończenie polowania. O zamknięcie kierowcy w zatoczce i przejście do kolejnego etapu: nadania temu wszystkiemu urzędowej formy.
Screen z Videorapida - pokazujący jak autobusy blokują ruch
Screen z Videorapida - pokazujący jak autobus blokuje ruch
📌 „Komenda Miejska Policji”
Pierwsze minuty rozmowy nie zaczęły się od jasnego i zgodnego z prawem przedstawienia czynności.
Funkcjonariusz Michał Pisarek miał przedstawić się ogólnym określeniem: „Komenda Miejska Policji”, po czym od razu zażądać dokumentu kierowcy. Nie podał na początku stopnia, imienia i nazwiska. Nie podał też przyczyny zatrzymania.
A prawidłowy początek kontroli nie jest kwestią uznaniową ani kurtuazją, którą można pominąć, bo funkcjonariuszowi się spieszy.
§ 4 ust. 1 rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z 5 listopada 2019 r. w sprawie kontroli ruchu drogowego (Dz.U.2019.2141) stanowi wprost, że po zatrzymaniu pojazdu policjant podaje kierującemu stopień, imię i nazwisko oraz przyczynę zatrzymania. Policjant umundurowany okazuje legitymację na żądanie kontrolowanego, a nieumundurowany — bez wezwania.
To prosty porządek: najpierw obywatel ma wiedzieć, z kim rozmawia i dlaczego został zatrzymany. Dopiero potem można żądać dokumentów i prowadzić dalsze czynności.
Tutaj — według relacji kierowcy i załączonego materiału — porządek wyglądał odwrotnie: najpierw bezosobowa „Komenda Miejska Policji” i żądanie dokumentów, a dopiero później, po pytaniach kierowcy, informacja, że chodzi o rzekome przekroczenie prędkości.
Później funkcjonariusz miał twierdzić, że przecież się przedstawił. Według relacji kierowcy faktyczne ujawnienie danych nastąpiło dopiero na końcu interwencji po okazaniu legitymacji służbowych — na wyraźne żądanie kierowcy.
To nie jest spór o grzeczność ani detal dla miłośników formalizmów. Obywatel ma prawo wiedzieć, kto wykonuje wobec niego czynności, dlaczego je wykonuje. Mundur nie jest maską. Władza publiczna nie powinna być anonimowa.
📌 Imiennik
A jednak imiennika na mundurze miało brakować. Wyjaśnienie? Podobno „często się zdarza”, bo są takie imienniki, które „spadają”.
Tyle że znak identyfikacji imiennej nie jest ozdobą munduru ani przypinką do zgubienia bez znaczenia. Zgodnie z przepisami jest to identyfikator zawierający pierwszą literę imienia i nazwisko policjanta, rozdzielone kropką — przykładowo: „J. Kowalski”.
Przepisy określają też jego formę oraz sposób noszenia na elementach umundurowania.
Co do zasady umundurowany policjant powinien go nosić, aby obywatel mógł łatwo ustalić, kto wykonuje wobec niego czynności.
Przewidziano zarazem ograniczone wyjątki, dotyczące między innymi policjantów występujących w pododdziale zwartym, kompanii reprezentacyjnej albo kompanii honorowej — nie zaś zwykłego patrolu drogowego prowadzącego indywidualną interwencję.
Zasady dotyczące znaku identyfikacji imiennej wynikają z rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie umundurowania policjantów, w brzmieniu uwzględniającym zmianę z 5 kwietnia 2019 r.
Trudno nie zauważyć groteski. Element służący temu, by obywatel mógł zidentyfikować funkcjonariusza korzystającego wobec niego z państwowej władzy, ma po prostu „spadać” i „tak to wygląda”. A jeżeli spada akurat podczas interwencji, to nie usuwa problemu — przeciwnie, tylko go pogłębia.
W Polsce od lat ostrzega się obywateli przed oszustwami „na policjanta”. Tym bardziej absurdalna jest sytuacja, w której osoba w prawdziwym mundurze zaczyna interwencję bez jasnego podania danych, bez podania przyczyny zatrzymania, z niewidocznym imiennikiem i ogólnikową formułą „Komenda Miejska Policji”.
To nie jest zarzut, że ktokolwiek podszywał się pod Policję. To pytanie o elementarny standard: dlaczego obywatel ma odgadywać, z kim rozmawia, skoro funkcjonariusz dysponujący władzą państwową powinien być identyfikowalny bez domysłów, żądań i późniejszych tłumaczeń o imienniku, który „spadł”?
Mundur bez widocznej identyfikacji nie buduje autorytetu. Buduje dystans, podejrzliwość i obraz władzy, która chce być rozpoznawalna tylko wtedy, gdy jej to wygodne.
📌 „Jakoś musze pana zmierzyć”
Następnie padły słowa, które odsłaniają logikę całej interwencji.
Funkcjonariusz Michał Pisarek miał przyznać, że radiowóz przekroczył prędkość, mówiąc: „oczywiście za panem”.
Miał też powiedzieć: „jakoś muszę pana zmierzyć” oraz „tak jest system skonstruowany”.
Wskazanie miało wynosić 103 km/h przy ograniczeniu do 80 km/h. To 23 km/h ponad limit.
👉 Tyle że 103 km/h miało dotyczyć policyjnego BMW.
Mimo to propozycja mandatu — 300 zł — została skierowana do zatrzymanego kierowcy. Nie do funkcjonariusza prowadzącego radiowóz, którego prędkość widniała na urządzeniu, ale do człowieka, któremu tę prędkość postanowiono przypisać.
I tu pojawia się fundamentalny problem: „jakoś” nie jest podstawą prawną. „Tak jest system skonstruowany” także nią nie jest.
W państwie prawa nie można najpierw naruszyć ograniczenia prędkości, a potem uznać, że fakt prowadzenia policyjnego radiowozu automatycznie rozwiązuje wszystkie problemy. Władza nie działa dlatego, że uznaje swoje działanie za wygodne. Działa wtedy, gdy ma do tego wyraźną podstawę prawną i gdy mieści się w granicach prawa.
📌 Kontratyp z kieszeni
W rozmowie funkcjonariusz Michał Pisarek miał powoływać się na bliżej nieokreślony „kontratyp” — jako uzasadnienie dla przekroczenia prędkości przez radiowóz.
To wygodna konstrukcja retoryczna: najpierw przekroczyć limit, potem wypowiedzieć magiczne słowo „kontratyp”, a na końcu oczekiwać, że sprawa przestaje istnieć.
👉 Tyle że prawo nie działa jak zaklęcie.
Art. 7 Konstytucji RP stanowi, że organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa.
Oznacza to dwie rzeczy.
Po pierwsze: organ musi mieć konkretną kompetencję wynikającą z przepisu. Nie może sam sobie domniemywać dodatkowych uprawnień tylko dlatego, że działa w mundurze.
Po drugie: nawet gdy określone uprawnienie istnieje, musi być wykonywane z poszanowaniem warunków, procedur i ograniczeń ustanowionych przez prawo.
Nie wystarczy powiedzieć: „byliśmy na służbie”. Nie wystarczy też powiedzieć: „musiałem jakoś zmierzyć”.
Przepisy o ruchu drogowym przewidują oczywiście szczególne reguły — ale tylko dla pojazdów uprzywilejowanych i tylko po spełnieniu ściśle określonych warunków. Sam fakt, że samochód jest radiowozem, nie zamienia go automatycznie w pojazd stojący ponad prawem.
Z art. 53 Prawa o ruchu drogowym wynika, że kierujący pojazdem uprzywilejowanym może nie stosować się do przepisów ruchu, znaków i sygnałów wyłącznie przy zachowaniu szczególnej ostrożności, w sytuacjach wskazanych przez ustawę oraz wtedy, gdy pojazd wysyła jednocześnie sygnał świetlny i dźwiękowy, a także ma włączone światła mijania lub drogowe.
Jeżeli w czasie jazdy nieoznakowany radiowóz BMW nie wysyłał jednocześnie wymaganych sygnałów świetlnych i dźwiękowych, sam fakt, że znajdowali się w nim policjanci, nie dawał kierującemu automatycznego uprawnienia do niestosowania się do ograniczenia prędkości. Nie staje się pojazdem uprzywilejowanym tylko dlatego, że funkcjonariusz chce „jakoś” dokonać pomiaru.
Nawet pojazd rzeczywiście uprzywilejowany nie otrzymuje blankietowej licencji na wszystko. Ustawa wymaga szczególnej ostrożności i wiąże odstępstwo od przepisów z konkretnymi sytuacjami oraz warunkami.
„Kontratyp” nie jest zaklęciem, które po wypowiedzeniu unieważnia znaki drogowe, ograniczenia prędkości i obowiązki funkcjonariusza. Gdyby wystarczyło za każdym razem wypowiedzieć magiczne słowo „kontratyp”, każdy urzędnik mógłby najpierw robić, co chce, a potem własnym przekonaniem legalizować własne zachowanie.
Gdyby tak działało państwo, nie byłoby państwem prawa. Byłoby państwem z mchu i paproci, w którym policyjna wygoda staje się źródłem prawa, a granice uprawnień wyznacza nie ustawa, lecz pewność siebie człowieka za kierownicą radiowozu, gdzie bezkarność kupuje się za pomocą prawniczych „hokus-pokus”.
Art. 7 Konstytucji RP nie przewiduje takiej bajki. Organy władzy mają działać na podstawie i w granicach prawa — nie na podstawie własnej wygody, policyjnego przyzwyczajenia czy później wymyślonego usprawiedliwienia.
📌 Videorapid i pewność
Na pytanie o urządzenie funkcjonariusz Michał Pisarek miał odpowiedzieć: VIDEORAPID 2A.
Na pytanie o optykę miał oświadczyć, że jest zgodna z decyzją zatwierdzenia typu.
Brzmi to pewnie. A pewność była w tej interwencji towarem dostępnym w nadmiarze.
Jednak pewny ton nie zastępuje wiedzy. Samo przywołanie „decyzji zatwierdzenia typu” nie dowodzi jeszcze znajomości jej treści, warunków, ograniczeń czy rzeczywistego zastosowania w konkretnej sytuacji na drodze.
Na razie wystarczy zapamiętać tę scenę: pytanie o techniczne podstawy, odpowiedź podana bez wahania i przekonanie, że samo odwołanie do dokumentu powinno zakończyć dyskusję.
Nie powinno.
Bo w sprawie, w której wynik radiowozu ma zostać przypisany innemu pojazdowi, pytania techniczne nie są „głupotami”. Są minimum uczciwości.
❓ Mandat dla kogo ?
Kierowca odmówił przyjęcia mandatu.
Wtedy atmosfera przestała być nawet pozornie rzeczowa. Funkcjonariusz Dominik Kopijasz miał odmówić wręczenia mandatu kierującemu BMW, choć to właśnie prędkość policyjnego BMW — 103 km/h — została wskazana jako podstawa całej sytuacji.
Obaj funkcjonariusze mieli wyśmiać kierowcę. To nie jest dialog z obywatelem. To jest kpina z obywatela.
Kierowca pyta o rzecz fundamentalną: skoro 103 km/h jest bezpośrednim wskazaniem prędkości policyjnego BMW, dlaczego mandat ma otrzymać ktoś inny? Zamiast spokojnej odpowiedzi dostaje śmiech i sugestię, że opowiada „głupoty”.
W ten sposób instytucjonalna przewaga przestaje być narzędziem służby, a zaczyna przypominać urzędową pogardę: nie musimy wyjaśniać, bo możemy cię wyśmiać.
Funkcjonariusz Dominik Kopijasz nie był w tej scenie przypadkowym pasażerem. Towarzyszył Michałowi Pisarkowi w całej tej praktyce: w pościgu, w „pomiarze”, w zatrzymaniu, w śmiechu z pytań czy żądań kierowcy i w utrwalaniu jednej wersji zdarzeń.
Można więc publicystycznie zapytać, czego uczył się w tym radiowozie: rzetelnego dokumentowania rzeczywistości czy praktyki polowania — najpierw wybrać cel, potem utrzymać narrację, a na końcu potraktować pytania lub żądania obywatela jak „głupoty”.
Nie jest to zarzut o wspólne popełnienie czynu zabronionego. Jest to opis wrażenia, jakie wywołuje zachowanie patrolu: jeden nadaje ton, drugi go wzmacnia, a kierowca ma zostać ośmieszony za to, że dostrzegł oczywistość.
📌 „Lubię chodzić po sądach”
Po odmowie mandatu funkcjonariusz Michał Pisarek miał — według relacji kierowcy — mówić z szyderczym uśmiechem, że lubi chodzić po sądach.
To nie był jednak koniec.
Miał też powiedzieć – na informacje od kierującego że zostanie w Sądzie odpowiednio przesłuchany - że nikt go nie będzie przesłuchiwał, najwyżej zada mu kilka pytań. Że biegły sobie wszystko zmierzy. Że sąd da kierowcy karę. I że tak właśnie sprawa się skończy !!!
Na pożegnanie miał jeszcze dodać: „do zobaczenia, mam nadzieję”.
W normalnym języku służbowym funkcjonariusz powinien powiedzieć: „ma pan prawo odmówić mandatu; sprawa może zostać skierowana do sądu, który oceni dowody”. To byłaby informacja.
Tutaj nie była to informacja. To była zapowiedź.
Biegły ma „wszystko zmierzyć”. Sąd ma „dać karę”. A funkcjonariusz ma z satysfakcją pojawić się na rozprawie, bo lubi chodzić po sądach.
➡️ Skąd ta pewność ?
➡️ Skąd przekonanie, że biegły będzie potwierdzał, a nie niezależnie sprawdzał ?
➡️ Skąd założenie, że sąd ma ukarać, zanim sąd w ogóle zapozna się z dowodami i argumentami ?
➡️ Skąd ten ton człowieka, który nie mówi o możliwej procedurze, ale o znanym mu z góry finale ?
I właśnie z takich sytuacji rodzi się słowo „UKŁAD”.
Nie trzeba twierdzić, że ktoś spotkał się potajemnie, ustalił wynik czy wręczył komuś instrukcję. Układ może być czymś bardziej przyziemnym i przez to groźniejszym: automatyzmem wzajemnego potwierdzania siebie przez instytucje.
Jeden zatrzymuje. Drugi przytakuje. Protokół porządkuje zdarzenie pod wersję urzędową. Biegły ma „wyliczyć”. Sąd ma „dać karę”.
A kierowca ma nie przeszkadzać !!!
📌 Protokół i papier
Na samym końcu interwencji pojawiły się dopiero pouczenia o przysługujących prawach — oczywiście na papierze, w formie jakiegoś ksera - do podpisu.
Najpierw presja, śmiech, zapowiedź sądu i biegłego. Potem dokument, który obywatel ma podpisać, aby formalnie potwierdzić, że został pouczony.
Kierowca wskazuje, że nie otrzymał pouczenia o możliwości wniesienia zażalenia do właściwego miejscowo prokuratora na sposób przeprowadzenia czynności — w zakresie, w jakim dana czynność mieściła się w katalogu czynności objętych art. 15 ust. 7 ustawy o Policji.
Nie jest to detal. Pouczenie ma sens tylko wtedy, gdy obejmuje realne środki ochrony, a nie wyłącznie te elementy, które wygodnie zamykają procedurę.
W teorii protokół ma być zapisem rzeczywistości.
W praktyce bywa jej pierwszym filtrem. To właśnie tam żywa sytuacja — ton rozmowy, pytania, odpowiedzi, śmiech, niepewność i niewygodne szczegóły — może zostać przemieniona w gładką wersję urzędową. Wersję, która nie musi już opowiadać wszystkiego. Wystarczy, że będzie opowiadać to, co instytucji potrzebne.
Od chwili, gdy zdarzenie zostaje zamknięte w protokole, kierowca nie walczy już tylko o prawdę o tym, co wydarzyło się na drodze. Walczy także z tekstem, który może zacząć udawać tę prawdę.
📌 Nie kontrola, lecz polowanie
Nie była to zwykła kontrola. Był to pokaz siły, rutyny i instytucjonalnej pewności siebie.
➡️ Było polowanie przez BMW na DTŚ, przybliżenie 21x, dynamiczne manewry, krótki odcinek nazwany „pomiarem”.
➡️ Był biały pojazd zajeżdżający drogę kierowcy, któremu nie poświęcono uwagi, bo cel był już wybrany.
➡️ Było zatrzymanie w zatoczce autobusowej, które samo utrudniało ruch.
➡️ Było wykroczenie policyjnego BMW - 103 km/h przy ograniczeniu do 80 km/h.
➡️ Było „jakoś muszę pana zmierzyć” i „tak jest system skonstruowany”, a następnie wmawianie, że został zmierzony kierowca i to on przekroczył prędkość.
➡️ Był „kontratyp” przedstawiany jak uniwersalne alibi na każdą okazję.
➡️ Był śmiech, były słowa o „głupotach”.
➡️ Był biegły, który miał „wszystko zmierzyć”, oraz sąd, który — według zapowiedzi funkcjonariusza — miał „dać karę”.
➡️ I był funkcjonariusz Michał Pisarek, który naprawdę lubi chodzić po sądach.
Nie była to rozmowa o faktach. Była to próba narzucenia kierowcy gotowej interpretacji zdarzenia: najpierw radiowóz goni, potem mierzy siebie, następnie przypisuje swój wynik komuś innemu, a na końcu słyszymy, że biegły „wszystko zmierzy”, sąd „da karę”, a funkcjonariusz z przyjemnością spotka kierowcę na rozprawie.
To nie jest obraz instytucji spokojnej, rzeczowej i pewnej swoich dowodów. To obraz instytucji, która w tej konkretnej interwencji może sprawiać wrażenie aroganckiej, zbyt pewnej własnej bezkarności i niechętnej wobec pytań, których nie da się wygodnie wpisać w protokół.
I właśnie dlatego najlepiej pasuje tu jedno słowo: POLOWANIE.
W dawnych opowieściach o zbójnikach, takich jak legenda o Janosiku, napad odbywał się wprost: była droga, była przewaga, był człowiek zatrzymany przez silniejszych i była narzucona mu wola.
Dzisiejsze czasy są bardziej eleganckie. Nie trzeba już stawać z ciupagą na trakcie. Wystarczy radiowóz, mundur, krótki odcinek nazwany „pomiarem”, protokół, ekspert i pewność, że obywatel ma się nie bronić, lecz przyjąć rolę wyznaczoną mu przez innych.
To nie jest twierdzenie, że funkcjonariusze są zbójnikami. To pytanie, dlaczego obraz tej interwencji tak niepokojąco przypomina zbójecką logikę: najpierw wybrać cel, potem użyć przewagi, a na końcu oczekiwać, że poszkodowany jeszcze podziękuje za „procedurę”.
Można więc zapytać: czy w XXI wieku zbójnictwo zniknęło z dróg, czy tylko zmieniło rekwizyty — z ciupagi na wideorejestrator, z leśnego traktu na drogi asfaltowe i z jawnej przemocy na urzędową arogancję, cynizm oraz papierową narrację?
Nie jest to zarzut, że ktokolwiek popełnił „rozbój” w rozumieniu kodeksu karnego. Jest to publicystyczne pytanie o styl działania, w którym człowiek zyskuje przewagę nie dzięki sile argumentu, lecz dzięki mundurowi, procedurze i przekonaniu, że druga strona ma milczeć
Pytanie jest ostre, ale rodzi się nie z fantazji, lecz z obrazu interwencji, w której prawo, identyfikacja, bezpieczeństwo ruchu i sens pomiaru zdawały się przeszkadzać bardziej niż pomagać.
⚠️ Interes publiczny
Niniejszy materiał — akt I spektaklu — oraz kolejne publikacje dotyczące całej sprawy, w tym działań innych funkcjonariuszy Policji, biegłych i sposobu procedowania sądów, mają charakter publicystyczny i służą rozpowszechnianiu informacji, opinii oraz idei o kwestiach istotnego interesu publicznego.
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie C-345/17 wskazał, że rejestrowanie i publikowanie materiału dotyczącego czynności Policji może stanowić działalność dziennikarską, gdy rzeczywistym celem jest publiczne ujawnianie informacji, opinii lub idei — niezależnie od użytego medium i od tego, czy autor jest zawodowym dziennikarzem.
Ten materiał korzysta z tej wolności nie po to, aby kogokolwiek znieważać, lecz po to, aby pokazać i ocenić zdarzenie o znaczeniu publicznym: jak funkcjonariusze Policji posługują się władzą, jak dokumentują swoje działania i jak reagują, gdy obywatel domaga się odpowiedzi na podstawowe pytania; jak biegli formułują opinie, na jakim materiale je opierają, czy oddzielają wiedzę specjalistyczną od ocen prawnych i czy potrafią rzetelnie odnieść się do istotnych zastrzeżeń; oraz jak sądy prowadzą postępowanie, traktują wnioski i pytania stron, oceniają dowody, uzasadniają swoje rozstrzygnięcia i realizują standard bezstronnego, jawnego oraz rzetelnego procesu.
Każda publikacja będzie oparta na materiale źródłowym, odróżniała fakty od ocen i pozostanie podporządkowana rzeczywistemu celowi informowania opinii publicznej.
🎪 Kurtyna jeszcze nie opada
To dopiero początek tej historii. Dlatego warto obserwować kolejne części, udostępniać materiał, przesyłać go dalej i mówić o nim wszędzie tam, gdzie nadal wierzy się, że władza publiczna powinna odpowiadać za swoje działania, a nie chować się za mundurem, protokołem i wygodnymi formułkami — bo ciąg dalszy nastąpi, a wraz z kolejnymi nagraniami, wypowiedziami i dokumentami będzie jeszcze ciekawiej, dokładniej i znacznie mniej komfortowo dla tych, którzy liczyli, że wszystko pozostanie niewidoczne.